Autor: Przemysław Ziemichód

2016-10-28, Aktualizacja: 2016-10-28 11:23

Rinke pyta za kratami: "Co czułeś, kiedy mordowałeś?"

- Rozmowy z więźniami jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że najważniejsze są relacje z innymi ludźmi, z rodziną - mówi Rinke Rooyens, producent telewizyjny, który dobrowolnie zamknął się w zakładzie karnym, by porozmawiać z więźniami i zrozumieć świat, w którym żyją. Jego rozmowy możemy oglądać w telewizji Polsat w drugim sezonie programu "Rinke za kratami".

Rinke Rooyens – producent, reżyser i scenarzysta programów telewizyjnych, pochodzący z Holandii. Właściciel i prezes firmy mediowej Rochstar ("Dancing with the Stars. Taniec z gwiazdami", "Top model", "Rinke za kratami"). Ten ostatni program sam również prowadzi. Rozmawialiśmy z nim o najtrudniejszych spotkaniach w więzieniu i resocjalizacji w Polsce.


Na jakie największe trudności natrafił Pan podczas realizacji programu? Domyślam się, że od strony zwykłej logistyki zorganizowanie warunków do swobodnego filmowania w więzieniu musiało być trudne?


Przy tego typu projekcie załatwienie wszystkich formalności nigdy nie jest proste. Zakład karny to instytucja pod szczególnym nadzorem. Dlatego zrozumiałe jest to, że uzyskanie zgody na przebywanie tam przez blisko miesiąc, i to z kamerami, wymaga czasu i konkretnych procedur. Uważam, że i tak po sukcesie i pozytywnym odbiorze pierwszego sezonu programu, który powstał w zakładzie karnym w Krzywańcu, rozmowy ze służbą więzienną i władzami zakładu w Siedlcach wyglądały już trochę inaczej. Wiedzieli, na czym ten projekt polega i czego mogą się spodziewać.


© Materiały prasowe

Kadr z programu "Rinke za kratami"

Ja jednak bardziej martwiłem się o to, czy ludzie skazani za morderstwo będą chcieli rozmawiać ze mną przed kamerą. Sprawę ułatwiło to, że osadzeni widzieli wcześniejsze odcinki programu. Dlatego w przypadku zakładu karnego w Siedlcach startowałem już z zupełnie innej pozycji, skazani wiedzieli, że interesuje mnie coś więcej niż tylko to, za co odbywają karę.

Wątkiem, który wyjątkowo często pojawia się w opowieściach więźniów, jest religia. Czy nawrócenie w warunkach tak specyficznej izolacji jest trwałe? Czy pomaga jedynie przetrwać trud odsiadki, a Bóg przestaje mieć znaczenie po wyjściu na wolność?

Myślę, że to bardzo indywidualna kwestia. Każda historia jest inna i też każdy radzi sobie ze swoją karą, grzechami i wyrzutami sumienia tak, jak umie. Bez wątpienia duży odsetek osadzonych właśnie w religii znajduje ukojenie i zrozumienie. Za więziennym murem mają dużo czasu na czytanie i dogłębną analizę "Pisma Świętego", które często interpretują na swój sposób.
Niestety, po wyjściu na wolność większość przemyśleń i wniosków, które wyciągnęli w czasie odsiadki, przestaje mieć znaczenie. Wracają do swojego środowiska, do starych znajomych, gdzie pokusy są zbyt silne.



© Materiały prasowe

Rinke Rooyens

Rozmawia Pan z wieloma osadzonymi. Czy wśród osobistych historii więźniów trafił Pan na taką, która szczególnie Pana poruszyła?

Duże wrażenie zrobiła na mnie historia Maćka, mężczyzny, który urodził się w zakładzie karnym. Można powiedzieć, że od urodzenia był skazany na taki los. Już jako 10-latek, co tym bardziej przeraża, miał na swoim koncie pierwszą próbę samobójczą. Trafił do domu dziecka, zakładu poprawczego i w konsekwencji już kilkakrotnie do więzienia.
Do tej pory zmaga się również z problemem samookaleczania i sam o sobie mówi, że jest „samoouszkodzeniowcem na emeryturze”, przeszedł 14 skomplikowanych operacji, wszystkie były wynikiem połknięcia niebezpiecznych przedmiotów. Jego ciało pokryte jest licznymi bliznami, gdy odsłonił brzuch, moim oczom ukazał się naprawdę przerażający obraz. Po rozmowie z nim długo nie mogłem zapomnieć tego widoku. W tym sezonie naprawdę zdarzały mi się bardzo trudne rozmowy. Niektórych tematów nie możemy poruszać na antenie telewizji nawet po 22.00.

Dość długo obserwował Pan skazanych, personel więzienny, wychowawców. Czy można znaleźć jakiś wspólny mianownik, który podsumowywałby polskich skazańców z długimi wyrokami? Coś, co by ich łączyło, czy może wręcz przeciwnie?

Każdy rozmówca to inna historia i osoba, nad którą warto się pochylić. To udowadnia osadzonym, że ludzie spoza więziennego świata nadal widzą w nich wartego uwagi człowieka. Na pewno przebywanie w takim miejscu, jakim jest zakład karny, uczy szacunku dla wolności, codzienności, prozaicznych czynności. Rozmowy z osadzonymi jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że najważniejsze są relacje z innymi ludźmi, rodziną. Myślę, że niezależnie od popełnionego przestępstwa, zbrodni czy od długości wyroku, wszystkich osadzonych łączy to, że potrzebują uwagi i czasem po prostu chcą porozmawiać. W czasie spotkań z nimi ważne było też dla mnie to, co ja mogę im dać. To oczywiste, że część z nich chciała ze mną coś dla siebie „ugrać”, ale wielu z nich pomogłem po prostu rozmową. Takim prostym gestem, pytaniem o emocje, o których w celi się nie rozmawia.

W najnowszym sezonie "Rinke za kratami" jeden ze skazanych, przebywający w więzieniu od 1977 roku, wyznaje wprost, że po wyjściu na wolność może ponownie trafić za kraty. Czy więźniowie często myślą w podobny sposób, licząc się z tym, że któregoś dnia wrócą do celi?

W czasie jednej z rozmów z więzienną panią psycholog usłyszałem stwierdzenie „idealnie przystosowani”. W dużym skrócie chodzi o to, że osoby, które na zewnątrz nie są w stanie sobie poradzić, za kratami mają niezwykły poziom samokontroli, znakomicie dopasowują się do trudnych warunków zakładu karnego i nie sprawiają żadnych problemów. To dlatego rzadko dochodzi do spięć między osadzonymi przebywającymi w jednej celi nawet 24 godziny na dobę. Natomiast na wolności nie potrafią kontrolować swojego zachowania. W warunkach zamknięcia czują się bezpiecznie. Świat za kratami to ta rzeczywistość, którą recydywiści znają najlepiej. To do niej się przyzwyczają i przystosowują. Z czasem panujący tu porządek dnia po prostu zaczyna im odpowiadać, dlatego liczą się z tym, że wrócą do celi. Co gorsza, bywają osadzeni, którzy otwarcie się do tego przyznają. Wiedzą, że po zakończeniu wyroku będą musieli wrócić w to samo patologiczne i szkodliwe dla nich środowisko.



Jak Pan, jako człowiek z zewnątrz, ocenia system resocjalizacji? Czy ludzie, z którymi Pan rozmawia w programie, mają realną szansę na powrót do społeczeństwa?

Znam na szczęście świetne przykłady osób, którym się udało. Moim zdaniem skuteczna resocjalizacja ma miejsce wtedy, gdy osadzony w nią wierzy i robi wszystko, by zrozumieć i zmienić swoje postępowanie. Sądzę, że system penitencjarny w Polsce miałby więcej sukcesów, gdyby wprowadzono pewne reformy, ale proszę mi wierzyć, że już teraz w polskich zakładach karnych są znakomici psychologowie i wychowawcy. Jednak resocjalizacja musi zrodzić się w głowie i trzeba ją zacząć od samego siebie, dopiero wtedy może zadziałać cały system.

Zdarzyło się Panu podczas nagrywania programu natrafić na skazańców niereformowalnych? Takich, którzy po prostu czuli się dobrze jako przestępcy, bez wyrzutów sumienia, żalu?


Niektórzy osadzeni potrafią kontrolować swoje emocje i nie zawsze dopuszczali mnie do tego, co czują.
Jednak myślę, że dla wielu z nich to właśnie wyrzuty sumienia są najcięższą karą. Zdarzyła się sytuacja, gdy osadzony na pytanie: „Co czułeś, jak mordowałeś?” - potrafił odpowiedzieć tylko: „Nic”.
Wielu z nich obwinia też wadliwy system, rodzinę, a nie widzi w tym wszystkim swojej winy. W takich sytuacjach potrzebowałem nie tylko chwili milczenia, ale także spotkania z więziennym psychologiem, który pomagał mi zrozumieć tok ich myślenia.

© Materiały prasowe


Pytam o to, bo w jednym z odcinków porusza Pan wątek przestępców, którzy nie powinni wychodzić na wolność, mówiąc o sprawie Daniela, byłego członka sekty i nazisty skazanego za brutalne morderstwo. Myśli Pan, że istnieją ludzie, których nie da się zresocjalizować?


Spotkania z Danielem były dla mnie i z pewnością dla widzów wstrząsające. To bardzo pogubiony człowiek, były satanista i nazista z wyrokiem za brutalne morderstwo. W programie mieliśmy okazję obserwować jego zaburzoną osobowość, a dzięki komentarzowi psychologów w pewnym sensie zrozumieć jego stan. Jest to osoba chora, która pewnie nawet po odbyciu swojej kary będzie potrzebować dalszej pomocy, nadzoru i leczenia.

Jednak najbardziej uderzająca jest dla mnie myśl, że wiele tragicznych historii, których wysłuchałem, ma wspólny mianownik – chorobę alkoholową. I że bez skutecznego leczenia alkoholików trudno będzie zmniejszyć w Polsce liczbę recydywistów. To jest główną przyczyną problemu z resocjalizacją. Być może temu tematowi oraz narkotykom i dopalaczom poświęcę swój kolejny program.

Co chciałby Pan osiągnąć dzięki temu progrmowi? Docelowo zmienić w więziennictwie, a być może w samych więźniach?

Jestem już recydywistą w tematyce więziennej. Spędziłem „za kratami” niemal dwa miesiące i mnóstwo godzin z gotowym materiałem i widzę przede wszystkim ogromny problem alkoholizmu i narkomanii. Gdybym miał wpływ na kształt systemu penitencjarnego, na pewno wprowadziłbym obowiązkową terapię uzależnień, która poprzedzałaby odbywanie wyroku. Druga istotna kwestia to przygotowanie osadzonych do życia na wolności. Do skutecznej resocjalizacji potrzebne są mechanizmy, które sprawią, że osadzony będzie miał dokąd wrócić po odbyciu wyroku. Potrzebuje pracy, mieszkania, pieniędzy na start. Jeśli nie otrzyma pomocy, najpewniej szybko wróci do zakładu karnego.

Rozmawiał Przemysław Ziemichód, dziennikarz warszawa.naszemiasto.pl

Zdjęcie główne: materiały prasowe

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!